Rozdzielili nas etnicznie w pracy. Anglia, Beneluks i Francja w siedzibie glownej. Niemcy, Wschodnia Europa i Export 20 km dalej. Narzuca mi sie wniosek, ale sie wstrzymam.
W siedzibie glownej pracuja sami tubylcy z rozszerzona znajomoscia jezykow. Na wygnaniu siedza glownie native speakers, ktorzy tutejszy jezyk opanowali, ale mentalnosc tych dziwnych krajow sa w stanie ogarnac i nie dostac apopleksji.
Ma to swoje zalety, takie jak rozmowy podluchane z Exportu: Hello, Yes, it's Hanne. No, it's not Hanni, my name is Hanne. But this is me speaking. Eh.. Yes, it's Hanni, how can I help you?
Albo ze strony ukrainskiej (tlum. redakcja): Nie, nie ladujemy auta, bo auto sie jeszcze nie podstawilo. Ale nie moge go zaczac ladowac, skoro tej ciezarowki tu jeszcze nie ma. To bardzo fajnie, ze kierowca mowi, ze jest, ale go nie ma. Momencik, czy on nie stoi przypadkiem w T. 150km stad?
Z drugiej strony taka kombinacja narodowosci dostarcza tez rozrywek z gatunku roznic historycznych:
Kilka tygodni temu nadano w telewizji dokument o tym jak Belgijska dziennikarka ruszyla do Szczecina wraz ze swoja polska sprzataczka, zeby przyblizyc Belgom swiat "najezdzcow ze Wschodniej Europy". Piekny i wzruszajacy reportarz, o trudnych wyborach i poswieceniach, a nie tak jak to sie tutaj postrzega gonitwa za kasa. Jako jedyna Polka w biurze musialam nastepnego dnia tlumaczyc, ze faktycznie nauczyciele zarabiaja tak malo, i rzeczywiscie tyle osob wyjezdza, i faktycznie tyle sie zarabia miesiecznie, jesli nie mieszka sie w duzym miescie. W pewnym momencie podchodzi do mnie kolega - Niemiec z krwi i kosci, lekko po 50tce i zagaduje:
-Widzialas ten reportaz? Ciekawy nie? Szkoda, ze nie zaglebili sie troche bardziej w historie tej rodziny.
- Heh? A co tu ma historia jej rodziny do rzeczy?
- No bo to tereny Niemieckie, wiec oni sie tam musieli z Bialorusi czy cos przeprowadzic.
Slowo honoru zatkalo mnie totalnie, a nie czesto sie to zdarza. Mine musialam miec genialna, bo dwie kolezanki, ktore siedza kolo mnie zaczely niedyskretnie chichotac zza monitorow.
-No wiesz M. Zanim byly to tereny niemieckie, to byla Polska. - probowalam delikatnie sprostowac kolege.
- Ach, moja droga, widzisz nie znasz nawet historii swojego kraju. To to byla Polska moze i w Sredniowieczu. Przeciez Niemcy siegaly Kaliningradu i nam to wszystko po wojnie ZABRANO.
I tu powinnam dostac Pokojowa Nagrode Nobla, poniewaz z 20stu niepoprawnych politycznie odpowiedzi, jedyne co z siebie wydobylam, to:
- Belgia byla tez pod niewiadomo iloma zaborami, a ludzie nadal mieszkali na tych ziemiach i mowili swoim jezykiem. Nikt sie tu z Bialorusi po odzyskaniu wolnosci nie musial przeprowadzac.
Biorac pod uwage, ze 95% tubylcow jest zszokowane faktem, ze nie pracuje jako sprzataczka, a za jeszcze bardziej szokujace uwazaja, ze w naszej fabryce mam (o zgrozo!) prace biurowa, uwazam, ze jak mi tu jeszcze wspol-cudzoziemiec czyms takim dokopuje to mi sie ten Nobel nalezy. Kto podpisze petycje?
Friday, 7 February 2014
Saturday, 1 February 2014
Czarna dziura i swiatelko w tunelu.
Wciagnelo mnie, zniknelam.
Wciagnal mnie doroczny "tymczasowy" 8 miesieczny mlyn w pracy, ktory w polaczeniu z godzinnym dojazdem w jedna strone i skroconymi godzinami otwarcia szkolnej swietlicy zrobil ze mnie chomika w kolowrotku. Wstac/zdazyc do pracy/zdazyc z praca/zdazyc do swietlicy/nakarmic/powciskac do lozek/wyprac/umyc/spac. Kto zna moj pokojowy charakter juz sie zapewne domyslna, ze doprowadzona niemal do obledu zbluzgalam szefowa przy calym biurze. Wprawdzie czesc obowiazkow mi odjeli, ale teraz "z niecierpliwoscia" oczekuje na ewaluacje (luty).
W miedzyczasie Aminski wystartowal pod naciskiem z wlasnym biznesem, dzieki czemu tymczasowo owdowialam. Dobrze, ze sie rano mijalismy w lazience, bo by mi sie zapomnialo, ze jestem mezatka.
Zeby mi sie nie nudzilo zapisalam sie dodatkowo na un cours de français. Mialam jednego poranka objawienie, ze jak chce miec jakakolwiek wolnosc profesjonalna i shoppingowa w tym kraju to trzeba skonczyc z wymowkami i zabrac sie za tego potwora. Slowo honoru w wiosce obok nie mowia w sklepach ani slowa po flamiszu. Szybciej sie dogadam po angielsku, ale tez niekoniecznie. A buty maja ladniejsze i tansze... No dobra, i jak nie chce czekac na oferte pracy, w ktorej polski jest konieczny i ubiegac sie o kazda, ktora mi sie po prostu podoba to moge wladac plynnie nawet pietnastoma jezykami, a i tak mnie nie przyjma bez francuskiego. Zadzialalo mi to na syndromie control freak.
Wdech - wydech - wdech - wydech.
Jestem - wrocilam.
Klientow odjeli, w pracy mlyn na normalnych obrotach.
Dzieci podtresowane zastawiaja stol, ubieraja pizamy i nie daja czadu (zbyt czesto) przy wciskaniu do lozek.
Aminski klientow rozklada z wkalkulowanym czasem na widzenie z zona.
Pierwszy egzamin zamkniety na 96%.
Czas odkorkowac butelke Rodenbach Grand Cru i poczuc sie boginia. Przynajmniej na jeden wieczor.
PS. Szykuja sie kolejne relaksujace wakacje. Pobudka o 4ej, 8 godzin w samolocie, 5 w samochodzie i jet lag spowodowany 6ciogodzinna roznica w czasie. Z dwulatkiem i czterolatka. Nie moge sie doczekac!
Wciagnal mnie doroczny "tymczasowy" 8 miesieczny mlyn w pracy, ktory w polaczeniu z godzinnym dojazdem w jedna strone i skroconymi godzinami otwarcia szkolnej swietlicy zrobil ze mnie chomika w kolowrotku. Wstac/zdazyc do pracy/zdazyc z praca/zdazyc do swietlicy/nakarmic/powciskac do lozek/wyprac/umyc/spac. Kto zna moj pokojowy charakter juz sie zapewne domyslna, ze doprowadzona niemal do obledu zbluzgalam szefowa przy calym biurze. Wprawdzie czesc obowiazkow mi odjeli, ale teraz "z niecierpliwoscia" oczekuje na ewaluacje (luty).
W miedzyczasie Aminski wystartowal pod naciskiem z wlasnym biznesem, dzieki czemu tymczasowo owdowialam. Dobrze, ze sie rano mijalismy w lazience, bo by mi sie zapomnialo, ze jestem mezatka.
Zeby mi sie nie nudzilo zapisalam sie dodatkowo na un cours de français. Mialam jednego poranka objawienie, ze jak chce miec jakakolwiek wolnosc profesjonalna i shoppingowa w tym kraju to trzeba skonczyc z wymowkami i zabrac sie za tego potwora. Slowo honoru w wiosce obok nie mowia w sklepach ani slowa po flamiszu. Szybciej sie dogadam po angielsku, ale tez niekoniecznie. A buty maja ladniejsze i tansze... No dobra, i jak nie chce czekac na oferte pracy, w ktorej polski jest konieczny i ubiegac sie o kazda, ktora mi sie po prostu podoba to moge wladac plynnie nawet pietnastoma jezykami, a i tak mnie nie przyjma bez francuskiego. Zadzialalo mi to na syndromie control freak.
Wdech - wydech - wdech - wydech.
Jestem - wrocilam.
Klientow odjeli, w pracy mlyn na normalnych obrotach.
Dzieci podtresowane zastawiaja stol, ubieraja pizamy i nie daja czadu (zbyt czesto) przy wciskaniu do lozek.
Aminski klientow rozklada z wkalkulowanym czasem na widzenie z zona.
Pierwszy egzamin zamkniety na 96%.
Czas odkorkowac butelke Rodenbach Grand Cru i poczuc sie boginia. Przynajmniej na jeden wieczor.
PS. Szykuja sie kolejne relaksujace wakacje. Pobudka o 4ej, 8 godzin w samolocie, 5 w samochodzie i jet lag spowodowany 6ciogodzinna roznica w czasie. Z dwulatkiem i czterolatka. Nie moge sie doczekac!
Sunday, 25 August 2013
Dziennik z podrozy
Najwidoczniej tylko po urlopie mam tyle energii, zeby cos napisac po godzinach.
Tym razem kolejna podroz teoretycznie skazana na kleske: wypad pod namioty z dzieciakami w przedziale wiekowym 2 do 3ech lat dreczyl mnie koszmarami juz na miesiac przed. I rzeczywiscie:
1) Kilka razy w nocy biegalismy z jednego namiotu do drugiego, bo mamy przerzucony z malego lozeczka na dwuosobowy materac turlal sie cala noc dopoki w cos nie rabnal. Najczesciej w siostre.
2) Pobudka codziennie o 7 rano, bo otwierac namiot dzieci sie nauczyly pierwszego dnia.
3) Proby samobojcze Pociech w basenie. Pociechy skaczacej ze wszystkiego co wystawalo ponad wode i Pociecha lubujacego sie w przebywaniu glownia POD woda.
4) W przerwach od lykania wody w basenie Pociech lizal WSZYSTKO. Sciany, mury, slupy, jedzienie, ktoremu sie spadlo i to ktore sie juz przydeptalo. WSZYSTKO.
4) Od lizania dostal biegunki, ktora cudownie sie zbiegla z oduczaniem go pieluch i zapewnila mi rozrywke w formie zwiedzania wszystkich publicznych toalet w okregu 40 kilometrow od campingu. Glownie tych typowo francuskich: "na narciarza".
5) Jakby tego bylo malo Pociech zareagowal na mieszanke parowek na lunch z czekoladowymi lodami na przekaske i alpejskimi serpentynami w drodze do domu haslem "Boli mnie tu pod pacha". "Boli mnie pod pacha" okazalo sie synonimem "Zaraz puszcze ciekawego pawia na caly samochod". Reaguje traumatycznie na lody czekoladowe do tej pory...
Oprocz tego normalka: kamyczki w nosie, pozdzierane kolana i regularne znikniecia, kiedy to dzieciom nudzilo sie nasze towarzystwo i cichaczem szly w odwiedziny do innych campingowiczow.
Tak jak wiec pisalam: podroz teoretycznie skazana na kleske. Teoretycznie, poniewaz byly to absolutnie NAJLEPSZE WAKACJE MOJEGO ZYCIA. Slowo.
100% czasu dla rodziny, zarwane nocki, nadrabiane popoludniowa drzemka w cieniu, pyszne zarelko bez pospiechu i godzina przytulania po pobudce, zeby dac pospac jeszcze innym uzytkownikom campingu. A podekscytowany wyraz twarzy dzieciakow pytajacych, "a co robimy teraz??" upewnil nas, ze dla nich to tez byl niesamowity wyjazd. Powtorka zaplanowana.
Tym razem kolejna podroz teoretycznie skazana na kleske: wypad pod namioty z dzieciakami w przedziale wiekowym 2 do 3ech lat dreczyl mnie koszmarami juz na miesiac przed. I rzeczywiscie:
1) Kilka razy w nocy biegalismy z jednego namiotu do drugiego, bo mamy przerzucony z malego lozeczka na dwuosobowy materac turlal sie cala noc dopoki w cos nie rabnal. Najczesciej w siostre.
2) Pobudka codziennie o 7 rano, bo otwierac namiot dzieci sie nauczyly pierwszego dnia.
3) Proby samobojcze Pociech w basenie. Pociechy skaczacej ze wszystkiego co wystawalo ponad wode i Pociecha lubujacego sie w przebywaniu glownia POD woda.
4) W przerwach od lykania wody w basenie Pociech lizal WSZYSTKO. Sciany, mury, slupy, jedzienie, ktoremu sie spadlo i to ktore sie juz przydeptalo. WSZYSTKO.
4) Od lizania dostal biegunki, ktora cudownie sie zbiegla z oduczaniem go pieluch i zapewnila mi rozrywke w formie zwiedzania wszystkich publicznych toalet w okregu 40 kilometrow od campingu. Glownie tych typowo francuskich: "na narciarza".
5) Jakby tego bylo malo Pociech zareagowal na mieszanke parowek na lunch z czekoladowymi lodami na przekaske i alpejskimi serpentynami w drodze do domu haslem "Boli mnie tu pod pacha". "Boli mnie pod pacha" okazalo sie synonimem "Zaraz puszcze ciekawego pawia na caly samochod". Reaguje traumatycznie na lody czekoladowe do tej pory...
Oprocz tego normalka: kamyczki w nosie, pozdzierane kolana i regularne znikniecia, kiedy to dzieciom nudzilo sie nasze towarzystwo i cichaczem szly w odwiedziny do innych campingowiczow.
Tak jak wiec pisalam: podroz teoretycznie skazana na kleske. Teoretycznie, poniewaz byly to absolutnie NAJLEPSZE WAKACJE MOJEGO ZYCIA. Slowo.
100% czasu dla rodziny, zarwane nocki, nadrabiane popoludniowa drzemka w cieniu, pyszne zarelko bez pospiechu i godzina przytulania po pobudce, zeby dac pospac jeszcze innym uzytkownikom campingu. A podekscytowany wyraz twarzy dzieciakow pytajacych, "a co robimy teraz??" upewnil nas, ze dla nich to tez byl niesamowity wyjazd. Powtorka zaplanowana.
Sunday, 7 April 2013
Smak Afryki
To minicukinie nadziewane mielonym miesem z cynamonem.
To kawa, od ktorej wloski na karku staja deba.
To ciastka do kawy, zawierajace ilosc kalorii rowna temu co spozywam przez miesiac.
To mietowa herbata, klejaca sie do zebow od cukru, serwowana w srodku parku w malutkich szklaneczkach prosto z wielblada (!).
To pomidory tak pelne smaku, ze grzech je przyprawiac.
To oliwki tak pikantne, ze traci sie glos na kwadrans.
To cous-cous, ktorego po prostu nigdy nie ma sie dosyc.
To boskie grillowane sardynki w malenkiej knajpce "Dobra goscina" z widokiem na morze.
To swieze bagietki serwowane do WSZYSTKIEGO (oprocz kawy).
To Fanta tak pomaranczowa, ze zapewne swieci w nocy (i niezbyt latwo zmywalna z ust i jezyka).
To frytki ze slodkich ziemniakow (mniam mniam mniam).
To pizza, pyszna, tlusta, podobno z czyms seropodobnym, bo sera brak.
Obrazilam sie na moja wage.
A o calej reszcie bedzie innym razem, jak uporzadkuje, bo moglabym napisac ksiazke.
To kawa, od ktorej wloski na karku staja deba.
To ciastka do kawy, zawierajace ilosc kalorii rowna temu co spozywam przez miesiac.
To mietowa herbata, klejaca sie do zebow od cukru, serwowana w srodku parku w malutkich szklaneczkach prosto z wielblada (!).
To pomidory tak pelne smaku, ze grzech je przyprawiac.
To oliwki tak pikantne, ze traci sie glos na kwadrans.
To cous-cous, ktorego po prostu nigdy nie ma sie dosyc.
To boskie grillowane sardynki w malenkiej knajpce "Dobra goscina" z widokiem na morze.
To swieze bagietki serwowane do WSZYSTKIEGO (oprocz kawy).
To Fanta tak pomaranczowa, ze zapewne swieci w nocy (i niezbyt latwo zmywalna z ust i jezyka).
To frytki ze slodkich ziemniakow (mniam mniam mniam).
To pizza, pyszna, tlusta, podobno z czyms seropodobnym, bo sera brak.
Obrazilam sie na moja wage.
A o calej reszcie bedzie innym razem, jak uporzadkuje, bo moglabym napisac ksiazke.
Saturday, 16 March 2013
O komputerowych wampirach
Nowy system komputerowy wysysa z nas energie, krew i marne resztki zycia. 9 godzin w biurze staram sie nie zatluc kierowniczki projektu zszywaczem. "Przygladamy sie temu", "zajmujemy sie tym" oraz "zostalismy o tym poinformowani" to 3 standardowe odpowiedzi na setki problemow zglaszanych codziennie juz przez 4ty miesiac. Rozwiazanie problemu doprowadza do kolejnych 3 usterek, (ktore oczywiscie musimy zglosic i szczegolowo opisac) lub ponownie wydluza czas wykonywania standardowych czynnosci. System za 3 miliony, ale pieniedzy na podwyzki i nowy personel brak.
Jade do domu usilnie probujac utrzymac przynajmniej jedno oko otwarte. Wkladam Pociechy do lozek i opieram sie checi zasniecia na podlodze. Po czym pol godziny pozniej odlatuje na kanapie. 4ty miesiac wyciety z zycia. Z 5cioosobowego teamu jedna ciezarna ze stresu urodzila przedwczesnie, dwoje najmlodszych zlozylo wypowiedzienie, czwarta najstarsza zostaje przeniesiona do innego dzialu. Jakby nie liczyl, za poltora miesiaca bede robic za piatke. Szefostwo natomiast obiecuje "przygladac sie z bliska sytuacji". Kryzys.
Wiec kiedy w piatkowy poranek nie udalo mi sie ani podniesc z lozka ani odzyskac glosu, po raz pierwszy w moim zyciu grypa okazala sie zbawieniem. Nabieram dystansu, zbieram mysli. Nie wiem czy obiektywnie, bo na przeciwbolach.
W miedzyczasie dzieci kuruja mnie flanelowymi nalesnikami z brukselka, shake'ami z drewnianych jajek i plastikowych truskawek oraz moca usciskow (polaczonych ze skakaniem po brzuchu). Odpoczywam.
Jade do domu usilnie probujac utrzymac przynajmniej jedno oko otwarte. Wkladam Pociechy do lozek i opieram sie checi zasniecia na podlodze. Po czym pol godziny pozniej odlatuje na kanapie. 4ty miesiac wyciety z zycia. Z 5cioosobowego teamu jedna ciezarna ze stresu urodzila przedwczesnie, dwoje najmlodszych zlozylo wypowiedzienie, czwarta najstarsza zostaje przeniesiona do innego dzialu. Jakby nie liczyl, za poltora miesiaca bede robic za piatke. Szefostwo natomiast obiecuje "przygladac sie z bliska sytuacji". Kryzys.
Wiec kiedy w piatkowy poranek nie udalo mi sie ani podniesc z lozka ani odzyskac glosu, po raz pierwszy w moim zyciu grypa okazala sie zbawieniem. Nabieram dystansu, zbieram mysli. Nie wiem czy obiektywnie, bo na przeciwbolach.
W miedzyczasie dzieci kuruja mnie flanelowymi nalesnikami z brukselka, shake'ami z drewnianych jajek i plastikowych truskawek oraz moca usciskow (polaczonych ze skakaniem po brzuchu). Odpoczywam.
Saturday, 5 January 2013
Z uklonami dla Krolowej
Dalam rade! Dalam rade! Nie zgubilam dzieci, nie okradli mnie (poza urzedasami z Eurostara, ktorzy okradli mnie z 80 funtow za miejscowke dla Pociecha grozac wizja Sylwestra na St. Pancras), Pociech niczego nie podpalil (aczkolwiek odbezpieczyl jedna gasnice), Pociecha nikomu jedzenia z gardla nie wyrwala (to ze Kaczka faszerowala ja czekoladkami, ciasteczkami, muffinami, parowkami i serkami homogenizowanymi mialo na ten fakt zapewne niejaki wplyw).
Ku mojemu zaskoczeniu nie pozostala mi po wyjezdzie zadna trauma, a jedynie przyjemne wspomnienia. Z trauma pozostaly kuzynki, ktore ciagaly wozek z Pociechem aka Pasza Euston Square w gore i dol NIEruchomych schodow, podazajac za policja, ktora wsadzila nas w koncu w niewlasciwe pociag. Mielismy zwiedzanie Tube wieczorowa pora, z racji iz zamknieta glowna (i mnie bardzo potrzebna) linie metra. Na trase opisana na necie jako polgodzinna, stracilysmy poltora.
Dalej poszlo juz z platka. Pociech najadl sie w Macu frytek z podlogi, oblal pol wagonu czekoladowym mlekiem i uparcie probowal uciec na kazdej stacji. Pociecha wytapetowala wagon okruszkami chrupkow i urzadzila pokaz gimnastyki skaczac do Ganga stajl we wlasnym wykonaniu po siedzeniach.
Z drgajaca powieki pozostawilismy Norweskiego, ktorego najpierw zabila poranna pobudka, a nastepnie nadmiar energii do zuzycia nafaszerowanych czekoladowymi buleczkami z parowkami dzieci. Utrzymujacy sie nadmiar energii wykanczal Norweskiego codziennie w godzinach popoludniowych. Przepustka na drzemke byla jednak miernym aktem litosci, poniewaz przebiegle Pociechy jak charty wyczuwaly pod ktora sciana spi Fujek i obieraly ja sobie jako cel do pukania, stukania oraz glosnych okrzykow w strone kontaktow.
Dzieciaki wymienily sie tez doswiadczeniami i tak to Pociecha nauczyla Dynie jak ulzyc pechcerzowi w szczerym polu i dokladnie zanotowala przepis na zupe marchewkowa ze Smarties oraz fakt, ze nie zasypia sie bez przynajmniej 10osobowej pluszowej obsady w lozku. Prawie nam pluszakow zabraklo w domu.
Ku mojemu zaskoczeniu nie pozostala mi po wyjezdzie zadna trauma, a jedynie przyjemne wspomnienia. Z trauma pozostaly kuzynki, ktore ciagaly wozek z Pociechem aka Pasza Euston Square w gore i dol NIEruchomych schodow, podazajac za policja, ktora wsadzila nas w koncu w niewlasciwe pociag. Mielismy zwiedzanie Tube wieczorowa pora, z racji iz zamknieta glowna (i mnie bardzo potrzebna) linie metra. Na trase opisana na necie jako polgodzinna, stracilysmy poltora.
Dalej poszlo juz z platka. Pociech najadl sie w Macu frytek z podlogi, oblal pol wagonu czekoladowym mlekiem i uparcie probowal uciec na kazdej stacji. Pociecha wytapetowala wagon okruszkami chrupkow i urzadzila pokaz gimnastyki skaczac do Ganga stajl we wlasnym wykonaniu po siedzeniach.
Z drgajaca powieki pozostawilismy Norweskiego, ktorego najpierw zabila poranna pobudka, a nastepnie nadmiar energii do zuzycia nafaszerowanych czekoladowymi buleczkami z parowkami dzieci. Utrzymujacy sie nadmiar energii wykanczal Norweskiego codziennie w godzinach popoludniowych. Przepustka na drzemke byla jednak miernym aktem litosci, poniewaz przebiegle Pociechy jak charty wyczuwaly pod ktora sciana spi Fujek i obieraly ja sobie jako cel do pukania, stukania oraz glosnych okrzykow w strone kontaktow.
Dzieciaki wymienily sie tez doswiadczeniami i tak to Pociecha nauczyla Dynie jak ulzyc pechcerzowi w szczerym polu i dokladnie zanotowala przepis na zupe marchewkowa ze Smarties oraz fakt, ze nie zasypia sie bez przynajmniej 10osobowej pluszowej obsady w lozku. Prawie nam pluszakow zabraklo w domu.
A Kaczka jak to Kaczka. Spokojnie, bez stresu wyciagala kolejne ciasta, zapiekanki, faszerowane kaczki i pyszne strucle karmiac nas do oporu i ignorujac fakt, ze moje dziatki demoluja jej domostwo.
Tesknim juz okrutnie, wiec czekamy na rewanz.
PS. Po porownaniu doswiadczen w Lille i Londynie, nigdy przenigdy nie wybiore sie w taka podroz do Francji, gdzie najwidoczniej matka z wozkiem i tobolami to frajer, ktorego mozna latwo wyprzedzic w kolejce, uprzedzic w pociagu i udawac slepego kiedy frajerka szarpie sie z wozkiem na schodach. Za to Brytyjczycy - prawdziwi dzentelmeni. Wagon czekoladek im za to.
Thursday, 29 November 2012
O Swietym co przybyl 3 razy
Swiety przybyl. Raz lodka, raz koniem, raz helikopterem. Pociecha zaczyna sie glosno zastanawiac ile razy jeszcze bedzie przybywal zanim dojdzie do naszego domu. Ja zmieniam sie w mokra plame na podlodze kiedy widze ja z oczetami jak 5 zlotych i otwarta buzke wpatrujaca sie z niedowierzaniem i zachwytem jazdemu nowoprzybywajacemu swietemu. Pociech tak emocjonalny nie jest. Podczas gdy Swiety opowiada jak to naplywaja masy listow, Pociech za jego plecami hakuje mu komputer, zaglada pod szate oraz domaga sie uwagi ciagnac za brode. Koszmar kazdego Mikolaja.
Skoro wiec juz Swiety przybyl ta lodzia (!) z Hiszpanii (!) ze swoim pomocnikiem niesfornym Czarnym Piotrem (!!) i przemierza kraj wzdluz i wszerz, czas poustawiac buty z marchewka dla konia (kraj wzdluz i wszerz Swiety przemierza na bialym koniu...) oraz rysunkiem dla Swietego, a moze rano beda wypelnione ciasteczkami-literkami (Nic Nac), czekoladowymi Piotrami i marcepanowymi marchewkami.
Mikolajki po belgijsku.
***
"Aneeeeta, co robisz?" rzekla Pociecha wchodzac do lazienki.
Rownie dobrze mogl mnie trzepnac prad z trzymanej w reku suszarki.
***
"Boek! Boek!" biega za mna Pociech z tomami w reku. O przerazajacych dinozaurach, od ktorych Pociech cofa sie kilka krokow, kiedy otwieram pierwsza strone (ale wola "jeszcze, jeszcze! jak tylko ja zamkne). O Myszce, ktora tak jak Pociech wszedzie nosi swoja Pande. O zwierzatkach, o koparkach, o strazakach. O Bumbie! Na kanapie, na podlodze, na lozku, pod stolem, przy stole, przy przewijaniu, przy jedzeniu. Pociech czyta namietnie dzien i noc. 17 miesiecy zagorzalego mola ksiazkowego, ktory zaglada nawet do mojego Pratchetta (przeciez tam nie ma obrazkow!). I niech ktos mi powie, ze milosci do ksiazek nie da sie zaszczepic.
Friday, 2 November 2012
Karuzela
Czuje sie jak chomik na kolowrotku. Otwarte drzwi u Aminskiego pozostaja otwarte w dni robocze, swiateczne i weekend. W pracy rewolucja, bo odpala nowy program i cala firma zaciska kciuki, zeby nam sie system nie spalil. Jak sie spali, to przynajmniej dotknie mnie techniczne bezrobocie i moze sie w koncu wyspie.
W miedzyczasie Pociecha, oszczedzajac ojcu tour Czekolandia o poranku, spedza wakacje straszac sasiadow u dziadkow w wiedzminowym przebraniu. W krotkich chwilach w domu przydreptuje o 4ej na ranem wciskajac zimne stopy miedzy rodzicow i tlumaczac "duchy nie istnieja, ale przespie sie tutaj".
Pociech korzysta z cennych chwil bycia jedynakiem i owija mnie wokol malego paluszka u stopy. Jak juz mnie zupelnie rozmiekczy to pojdzie i cos zbroi po czym zaprezentuje dumnie i z usmiechem pozwalajacym na policzenie uzebienia.
7 dni i dlugi weekend. I wspolne sniadania i spacery (w deszczu) i Mikolaj przybywajacy lodka z Hiszpanii.
W miedzyczasie Pociecha, oszczedzajac ojcu tour Czekolandia o poranku, spedza wakacje straszac sasiadow u dziadkow w wiedzminowym przebraniu. W krotkich chwilach w domu przydreptuje o 4ej na ranem wciskajac zimne stopy miedzy rodzicow i tlumaczac "duchy nie istnieja, ale przespie sie tutaj".
Pociech korzysta z cennych chwil bycia jedynakiem i owija mnie wokol malego paluszka u stopy. Jak juz mnie zupelnie rozmiekczy to pojdzie i cos zbroi po czym zaprezentuje dumnie i z usmiechem pozwalajacym na policzenie uzebienia.
7 dni i dlugi weekend. I wspolne sniadania i spacery (w deszczu) i Mikolaj przybywajacy lodka z Hiszpanii.
Sunday, 30 September 2012
Pid szatrom je dobre spaty...
Nie bede kontynuowac szkolnych horrorow. Po 3 tygodniach telefonow, maili i listow do szkoly udalo mi sie spotkac z wychowawczynia. Wychowawczyni byla niezmiernie zdumiona naszym niezadowoleniem. Bo inni rodzice nie narzekaja (gdybym dostala 5 centow za kazdym razem jak slysze w tym kraju "inni przeciez nie narzekaja" - ale o tym innym razem.) Koniec koncow uzgodnilismy, ze komunikacja odbywac sie bedzie mailowo przeze mnie, a nie trudnego w obsludze Aminskiego. Uzgodnilismy tez, ze nie beda wysylac mi dziecka do domu ze zdartymi do kregoslupa plecami i komentarzem "dzis nic specjalnego". Grono nauczycielskie pograzylo sie w zadumie nad moja sugestia, ze zebranie podstawowych informacji o nowo przyjetych dzieciach na tydzien przed, a nie tydzien po rozpoczeciu roku szkolnego ulatwiloby im organizacje pracy. Serio? Naprawde? Serio? Nikt na to wczesniej nie wpadl?
Koniec. Na razie.
W miedzyczasie, jako ze grono nauczycielskie poszlo na zasluzone wolne po 3 tygodniach ciezkiej pracy, zabralismy Pociechy pod namioty. Troche zesmy oszukiwali, bo namioty byly wyposazone w boskie lozka, tv, a na dodatek staly obok porzadnych mobilnych lazienek i niezle wyposazonej kuchni. I basenu. Ale byly namiotami. Namiotami w srodku sztormu. Lalo, wialo, huczalo, w nocy przymarzala kazda czesc ciala wystajaca spod pierzyny. Dzieciaki kwiczaly z radosci. Wyleczyly, kaszle i nosy. Siedzac na sciezce i gotujac pol dnia zupe z kamieni. Wywalilam wszystkie leki i wprowadzilam do codziennej rutyny zabawy, od ktorych mojej babci wlosy stanely by deba. Bede informowac o skutkach.
Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nie potopily sie w basenie. Jak sie okazalo kamienne zupy i woskowe ciasteczka byly wystarczajaco zajmujace.
Koniec. Na razie.
W miedzyczasie, jako ze grono nauczycielskie poszlo na zasluzone wolne po 3 tygodniach ciezkiej pracy, zabralismy Pociechy pod namioty. Troche zesmy oszukiwali, bo namioty byly wyposazone w boskie lozka, tv, a na dodatek staly obok porzadnych mobilnych lazienek i niezle wyposazonej kuchni. I basenu. Ale byly namiotami. Namiotami w srodku sztormu. Lalo, wialo, huczalo, w nocy przymarzala kazda czesc ciala wystajaca spod pierzyny. Dzieciaki kwiczaly z radosci. Wyleczyly, kaszle i nosy. Siedzac na sciezce i gotujac pol dnia zupe z kamieni. Wywalilam wszystkie leki i wprowadzilam do codziennej rutyny zabawy, od ktorych mojej babci wlosy stanely by deba. Bede informowac o skutkach.
Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nie potopily sie w basenie. Jak sie okazalo kamienne zupy i woskowe ciasteczka byly wystarczajaco zajmujace.
Friday, 14 September 2012
Szkolne horrory cz.1
Formularz z ochronki poszkolnej obejmuje jezyk rodzinny matki i ojca, kraj urodzenia, obywatelstwo, kraj urodzenia babki ze strony matki, pozycje w pracy oraz zarobki. Jak sie okazuje - poniewaz szkola dostaje wyzsze dotacje za dzieci imigrantow do trzeciego pokolenia. Kiedy dziecko do poszkolnej chodzic bedzie oraz numer telefonu obojga rodzicow jakos juz nie sa na tyle interesujace. Brzydkie slowa cisnely mi sie na usta przy wypelnianiu, ale jesli sie nie pracuje na pol etatu to sie nie marudzi. Belgijski system przewiduje bowiem koniec szkoly o godzinie 16, podczas gdy dzien pracy przecietnego doroslego konczy sie o 17ej. W srody szkola zamyka sie o 11.40 a w piatki o 15.30. Oprocz tego 2 razy w semestrze szkola zamyka podwoje na jeden dzien pedagogiczny, oraz dwa razy ma swieto lokalne, ktore im przysluguje w kazdym regionie kraju i nikt nie wie co to tak doprawdy za swieto i z jakiej tak w ogole paki? W tygodniu z 1/11 dzieci maja tydzien wolnego, w grudniu 3 tygodnie, potem dwa tygodnie ferii zimowych oraz dwa tygodnie przerwy wielkanocnej. Przecietny dorosly ma 20 dni urlopu.
Pociecha trafila do jedynej szkoly w miescie z poszkolna do 18.15. Pozostale zamykaja sie o 17.15, max o 18ej. Aminski pracuje do 18.30, wiec ja musze wyjsc z domu najpozniej o 7.30, zeby zdazyc wieczorem te 40 km dojechac. Za poszkolna placimy od kazdych rozpoczetych 30 minut. w ogole nie czuje sie zestresowana.
Pociecha trafila do jedynej szkoly w miescie z poszkolna do 18.15. Pozostale zamykaja sie o 17.15, max o 18ej. Aminski pracuje do 18.30, wiec ja musze wyjsc z domu najpozniej o 7.30, zeby zdazyc wieczorem te 40 km dojechac. Za poszkolna placimy od kazdych rozpoczetych 30 minut. w ogole nie czuje sie zestresowana.
Ponadto w rezultacie powyzszej polityki formularzowej 3go wrzesnia nikt nie potrafil nam powiedziec, czy nasze dziecko w ogole cos jadlo, bo nie wiedzieli, czy nie potrzebuje kanapek do poszkolnej, wiec jej ich nie dali. To, ze o schemacie odwiedzin w poszkolnej oraz posilkach informowalismy zarzad szkoly, wychowawczynie oraz przedstawicielki poszkolnej nikogo nie wzruszylo. Takich rzeczy nikt nie slucha, bo po to wypelnia sie formularz w pierwszy dzien szkoly. Wieczorem.
Czyli pierwszego dnia szkoly 2,5letnie dzieci rzucone w rozryczana zgraje obcych dzieciakow, pozostawione w nowym miejscu, z nowa opiekunka i z nowymi nieznanymi i nie do konca zrozumialymi regulami maja sobie jakos poradzic. Jeszcze nigdy nie bylam tak wdzieczna tym na gorze, za moje samodzielne i roztropne dziecko, ktore nas ostatecznie poinformowalo, ze wyje nie z glodu, tylko dlatego, ze obiecalo zjesc grzecznie kanapki a nie zjadlo. A co jadlas? Pire z pieczenia.
Wednesday, 8 August 2012
Kochanie, wat is er met your lips?
Mial byc koment u Kaczki, ale wyszedl tak dlugi, ze przerzucam to tutaj.
Szczerze Kaczke podziwiam. Uczenie jezyka ojczystego w nieojczystym otoczeniu naprawde nie jest latwe, z czego wiele osob nie zdaje sobie sprawy. Wymaga niesamowitej dyscypliny, wytrwalosci i umiejetnosci podejscia do dziecka, tak zeby mu przystepnie wytlumaczyc, dlaczego mama na kota mowi "kot", tato "kat", a sasiad "cat". (Mama mowi tez na kota "idz stad ty chol...ro", ale nie schodzmy z watku glownego).
Poniewaz w Polsce niemalze codziennie bylam przebijana oskarzycielskimi spojrzeniami ze strony rodziny, znajomych i obcych na ulicy, czuje sie zaadresowana kiedy pada pytanie: "Dlaczego nie?" Dlaczego inni nie? Nie wiem. Kazdy ma wolnosc wyboru. Jednym sie nie chce, innym moze niepotrzebne. Ja wiem (czesciowo) dlaczego ja nie.
Po pierwsze - jakos lubie zeby Aminski wiedzial o czym naszemu dziecku opowiadam (I co? Nie umyl tatus talerzy? Oj, nie umyl.. A fuj, tatus.).
Po drugie - poza mna, moje dzieci polskiego nie uslysza od niemal nikogo. Tutaj polskich znajomych nie mamy, a w mojej rodzinie kazdy sie posluguje innym jezykiem, wiec jakos motywacja mi opadla.
Po trzecie - Zarowno ja, jak i Aminski wychowani bylismy dwujezycznie. Miedzy soba rozmawiamy w jeszcze innym, piatym jezyku. Zeby nie robic dzieciom z mozgu jajecznicy trzeba bylo podjac decyzje.
Po czwarte - "czystego" podzialu jezykow jakiego bylismy nauczeni w domu (Aminskiego ojciec mowil tylko po francusku. Cala reszta otoczenia mowila po francusku jezeli uczestniczyl w rozmowie, po niderlandzku jezeli nie. U mnie w domu mowilo sie po ukrainsku. Poza domem po polsku.) swoim dzieciom nie mozemy zapewnic. Mama do kazdego mowi w innym jezyku. Tato mniej wiecej tez.
Z niezrozumialego tez powodu do kilkutygodniowej Pociechy mowilam po niderlandzku nawet jesli bylysmy same, mimo faktu, ze w tym okresie zdanie podrzednie zlozone w jezyku czekoladowcow, bylo dla mnie koszmarnym wygibasem lingwistycznym.
To wszystko jakos sie nalozylo i wyszlo naturalnie.
Czytam dzieciom "Rzepke" i "Lokomotywe", bo uwazam, ze to swietne utwory dla dzieci i przez sentyment z dziecinstwa, a nie z checi kultywowania jezyka. Mowie do nich w takim jezyku w jakim w danym momencie czuje i moge wyrazic sie najlepiej.
Czy sa wady? Oczywiscie! Dziesiatki!
Pociecha tworzy najwymyslniejsze zbitki slow, polglosek i zwrotow, ale wierze, ze jak podrosnie to sobie to pouklada.
Do nauki polszczyzny przyklada sie Aminski, wiec po drodze do domu mijamy kozas, krowas, konias i sciskamy mocno nasze misius.
I oczywiscie: Rodzina sie na mnie obraza.
No coz. Jak dorosna to sobie pirogi i pifo w Polsce zamowic beda umialy, a na razie jakos dogaduja sie ze wszystkimi, bez wzgledu na jezyk. I mam nadzieje, ze tej umiejetnosci nigdy nie zatraca.
Szczerze Kaczke podziwiam. Uczenie jezyka ojczystego w nieojczystym otoczeniu naprawde nie jest latwe, z czego wiele osob nie zdaje sobie sprawy. Wymaga niesamowitej dyscypliny, wytrwalosci i umiejetnosci podejscia do dziecka, tak zeby mu przystepnie wytlumaczyc, dlaczego mama na kota mowi "kot", tato "kat", a sasiad "cat". (Mama mowi tez na kota "idz stad ty chol...ro", ale nie schodzmy z watku glownego).
Poniewaz w Polsce niemalze codziennie bylam przebijana oskarzycielskimi spojrzeniami ze strony rodziny, znajomych i obcych na ulicy, czuje sie zaadresowana kiedy pada pytanie: "Dlaczego nie?" Dlaczego inni nie? Nie wiem. Kazdy ma wolnosc wyboru. Jednym sie nie chce, innym moze niepotrzebne. Ja wiem (czesciowo) dlaczego ja nie.
Po pierwsze - jakos lubie zeby Aminski wiedzial o czym naszemu dziecku opowiadam (I co? Nie umyl tatus talerzy? Oj, nie umyl.. A fuj, tatus.).
Po drugie - poza mna, moje dzieci polskiego nie uslysza od niemal nikogo. Tutaj polskich znajomych nie mamy, a w mojej rodzinie kazdy sie posluguje innym jezykiem, wiec jakos motywacja mi opadla.
Po trzecie - Zarowno ja, jak i Aminski wychowani bylismy dwujezycznie. Miedzy soba rozmawiamy w jeszcze innym, piatym jezyku. Zeby nie robic dzieciom z mozgu jajecznicy trzeba bylo podjac decyzje.
Po czwarte - "czystego" podzialu jezykow jakiego bylismy nauczeni w domu (Aminskiego ojciec mowil tylko po francusku. Cala reszta otoczenia mowila po francusku jezeli uczestniczyl w rozmowie, po niderlandzku jezeli nie. U mnie w domu mowilo sie po ukrainsku. Poza domem po polsku.) swoim dzieciom nie mozemy zapewnic. Mama do kazdego mowi w innym jezyku. Tato mniej wiecej tez.
Z niezrozumialego tez powodu do kilkutygodniowej Pociechy mowilam po niderlandzku nawet jesli bylysmy same, mimo faktu, ze w tym okresie zdanie podrzednie zlozone w jezyku czekoladowcow, bylo dla mnie koszmarnym wygibasem lingwistycznym.
To wszystko jakos sie nalozylo i wyszlo naturalnie.
Czytam dzieciom "Rzepke" i "Lokomotywe", bo uwazam, ze to swietne utwory dla dzieci i przez sentyment z dziecinstwa, a nie z checi kultywowania jezyka. Mowie do nich w takim jezyku w jakim w danym momencie czuje i moge wyrazic sie najlepiej.
Czy sa wady? Oczywiscie! Dziesiatki!
Pociecha tworzy najwymyslniejsze zbitki slow, polglosek i zwrotow, ale wierze, ze jak podrosnie to sobie to pouklada.
Do nauki polszczyzny przyklada sie Aminski, wiec po drodze do domu mijamy kozas, krowas, konias i sciskamy mocno nasze misius.
I oczywiscie: Rodzina sie na mnie obraza.
No coz. Jak dorosna to sobie pirogi i pifo w Polsce zamowic beda umialy, a na razie jakos dogaduja sie ze wszystkimi, bez wzgledu na jezyk. I mam nadzieje, ze tej umiejetnosci nigdy nie zatraca.
Saturday, 4 August 2012
Ze slowianskich wojazy
Z wizyty w Polsce dowiedzielismy sie, ze uprzejmosc kosztuje. Mniej wiecej tyle co Vuitton na ladzie, albo stanowcze tupanie Louboutinem. Bez tego, to niech Pani usiadzie, przymknie sie i dzieci uwiaze.
Elastycznosc myslenia tez w cenie. Chociaz w sumie nie, bo w bankach i innych urzedach takowej wrecz brak.
Dobrze, ze chociaz autostrady.
Elastycznosc myslenia tez w cenie. Chociaz w sumie nie, bo w bankach i innych urzedach takowej wrecz brak.
Dobrze, ze chociaz autostrady.
***
Z pelnych zdan po polsku Pociecha najlepiej zna "Ja Ci zaraz dam!", nic wiec dziwnego, ze od czasu do czasu dochodzilo do nieporozumien:
4 letnia kuzynka probuje rozwiazac spor dyplomatycznie:
K: Ja Ci dam pilke, jak sie bedziesz razem ze mna bawic.
Pociecha nie bardzo kuma druga czesc zdania, wiec rzuca sie z rykiem:
P:"Nie 'ja ci dam'!
K: Ale ja ci dam, jak sie bedziesz razem ze mna..
P: NIE 'ja ci dam'
K: Ale ja ci dam
P: NIE JA CI DAM!!!!!!!!! Maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaamooooooooooooo
Sunday, 8 July 2012
Na roli
Przydomowa fauna i flora okazuja sie bardzo zajmujace. Mozna niemal rzec, ze czujemy sie farmerami.
Kot sasiadow zawladnal domostwem, dziecmi i mezem. Sypia w poscielach, jada ze stolu (NA stole!), probuje upolowac nasze rybki, a wieczorami zalega na mezowych kolanach mruczac doglosnie.Przy okazji: doswiadczenia z kotami nie mam, wiec moze ktos mi powiedziec czy to jest normalne, ze kot kladzie sie miedzy nami na plecach i podnosi glowe, zeby ogladac telewizje????? Wyglada nienormalnie.
Sasiadka przelotnie zapytala, co kot robi u nas. 'Sam przychodzi' odrzekl maz, konczac rozmowe.
W miedzyczasie flora tez dala czadu, kiedy to moja rukola okazala sie fiolkiem afrykanskim, czy czyms w tym stylu. Oficjalnie oglaszam, ze fiolki afrykanskie czy cos w tym stylu sa jadalne. Zanim fiolek pokazal kwiatki zdazylam zrobic ze dwie salatki.
Skoro jestesmy przy florze - dzieki fantazyjnej metodzie siewu stosowanej przez malzonka (ziarnem w chwasty) nakarmilam kury mlodymi porami.
A kury jak to kury - wszystko maja w kuprze i dostarczaja jajo dziennie. Oaza normalnosci w tym wariatkowie.
Kot sasiadow zawladnal domostwem, dziecmi i mezem. Sypia w poscielach, jada ze stolu (NA stole!), probuje upolowac nasze rybki, a wieczorami zalega na mezowych kolanach mruczac doglosnie.Przy okazji: doswiadczenia z kotami nie mam, wiec moze ktos mi powiedziec czy to jest normalne, ze kot kladzie sie miedzy nami na plecach i podnosi glowe, zeby ogladac telewizje????? Wyglada nienormalnie.
Sasiadka przelotnie zapytala, co kot robi u nas. 'Sam przychodzi' odrzekl maz, konczac rozmowe.
W miedzyczasie flora tez dala czadu, kiedy to moja rukola okazala sie fiolkiem afrykanskim, czy czyms w tym stylu. Oficjalnie oglaszam, ze fiolki afrykanskie czy cos w tym stylu sa jadalne. Zanim fiolek pokazal kwiatki zdazylam zrobic ze dwie salatki.
Skoro jestesmy przy florze - dzieki fantazyjnej metodzie siewu stosowanej przez malzonka (ziarnem w chwasty) nakarmilam kury mlodymi porami.
A kury jak to kury - wszystko maja w kuprze i dostarczaja jajo dziennie. Oaza normalnosci w tym wariatkowie.
Sunday, 24 June 2012
O kielbasianych dloniach i cebulowych kwiatkach
Ze za Pociecha o dloniach pachnacych kielbaska biegaja wszystkie koty i psy w okolicy jakos mnie nigdy nie dziwilo. To ze poslusznie wykonuja wszystkie jej polecenia tez mi nie dawalo do myslenia. Ale ze kurczaki odpowiadaja na "Kurczak! Chodz sie troche wody napic! Dosyc! Zrob miejsce dla drugiego" i biegaja wokol niej jak tresowane pudelki to juz mnie o opadnieta szczeke przyprawilo.
Oprocz kurczakow i kradzionego kota mam tez od niedawna oryginalna ozdobe. Stawik nie do wywalenia Aminski zarzucil gruzem, przysypal ziemia i zasadzil kwiatki. Co za kwiatki - pozostalo tajemnica, poniewaz Aminski nie przywiazuje wagi do szczegolow. Kilka tygodni temu przyjechala w odwiedziny ciotka-ogrodniczka. Minela stawik i rzekla z zaciekawieniem, "A po co Ci tyle cebuli?" Kwiatki... Na ozdobe cebuli ciotka posadzila wzdluz krawedzi salate i poprzetykala rukola. Mysle, ze zglosze sie do konkursu na najpiekniejszy ogrodek w wiosce. Jesli jury ominie wzrokiem uschniete bambusowe badyle na pewno dostane przynajmniej wyroznienie za oryginalnosc.
Oprocz kurczakow i kradzionego kota mam tez od niedawna oryginalna ozdobe. Stawik nie do wywalenia Aminski zarzucil gruzem, przysypal ziemia i zasadzil kwiatki. Co za kwiatki - pozostalo tajemnica, poniewaz Aminski nie przywiazuje wagi do szczegolow. Kilka tygodni temu przyjechala w odwiedziny ciotka-ogrodniczka. Minela stawik i rzekla z zaciekawieniem, "A po co Ci tyle cebuli?" Kwiatki... Na ozdobe cebuli ciotka posadzila wzdluz krawedzi salate i poprzetykala rukola. Mysle, ze zglosze sie do konkursu na najpiekniejszy ogrodek w wiosce. Jesli jury ominie wzrokiem uschniete bambusowe badyle na pewno dostane przynajmniej wyroznienie za oryginalnosc.
Sunday, 17 June 2012
Ukradlismy kota
Calkiem niechcacy i wrecz zupelnie nam nie na reke podkradlismy sasiadom kota. Sasiedzi w domu sporo nie bywaja. Na tyle sporo, ze nawet kot juz chyba mial dosc. A Aminski duzo griluje. I to w ilosciach takich na pol armii. Kurczakow zaprzysiagl sobie miesem karmic nie bedzie, wiec jakby nie bylo dostaje sie kotu. Kot poczul sie zaproszony do naszego zycia rodzinnego i w gorace wieczory, kiedy nieopatrznie zostawimy uchylone drzwi wskakuje nam znienacka na plecy, przylaczajac sie do przytulania na tapczanie. Albo odzywa sie dzwiecznym MIAU (jestem!) kiedy o 2giej w nocy otwieram lodowke, zeby Pociesze podac jogurt (nie pytajcie). Jakby tego bylo malo - jego ulubionym siedziskiem jest lozko Pociechy, a pozycje numer dwa zajmuje dywanik pod naszym lozkiem. Poza tym kot jak to kot, cichy jest jak skradajaca sie ninja, wiec 20 razy dziennie przyprawia mnie o zawal serca.
7letnia sasiadka rowniez nie wyraza radosci z faktu, iz kot sie wypial. "Moj kot!" krzyczy sasiadka. "Moj kot!" odkrzykuje Pociecha wymachujac kabanosem. Kot trwa jak posag po naszej stronie plotu.
7letnia sasiadka rowniez nie wyraza radosci z faktu, iz kot sie wypial. "Moj kot!" krzyczy sasiadka. "Moj kot!" odkrzykuje Pociecha wymachujac kabanosem. Kot trwa jak posag po naszej stronie plotu.
Thursday, 14 June 2012
Lato, lato, oooooo...
Odbija mi sie czkawka tryb zycia z ostatnich miesiecy. Jem za troje, spie na biurku, bredze od rzeczy (chociaz to ostanie to chyba nic nowego). Odliczam do wakacji. Nie jestem tylko pewna czy wakacjami mozna nazwac przejazdzke przez pol Europy z dwojka nieletnich w samochodzie. Nic to, nic to, co nas nie zabije to nas wzmocni. W planach mur berlinski i park dinozaurow. I chrzest. Z lekkim poslizgiem, ale zawsze. Noclegi powrotne zupelnie nielogiczne. Slowacja - Krakow - Wroclaw - dom. Co mysmy pili przy tym planowaniu? Suma sumarum - jak dla nas to juz lato.
Zejdz mi z drogi, bo kogos zaraz rozwalkuje
Tak to juz w przyrodzie jest, ze jak sie trafi zaraza to wszystko jest zle. Kubek z kawa mi podajesz niewlasciwa strona. I czemu mi robisz z serem kanapke? Czy ja powiedzialam, ze chce z serem? Nie chce sera!!! I grzebiesz sie okrutnie. I przestan mnie popedzac, bo ci przyloze. I za bardzo zarzucasz na zakretach i wleczesz sie okrutnie tez. I zaraz cie tu chyba zamorduje, bo papierek po wafelku lezy na stole. I spac pojdziesz na pewno o niewlasciwej porze. Niewazne o ktorej, o niewlasciwej. I tylek ci zachodzi o dwa centymetry za bardzo na moja czesc lozka. I czemu sie tak odsuwasz? Przeciez wiesz, ze mi zimno jak sie odsuwasz! I grubo wygladam i grubo sie czuje, co z tego, ze wszystko ze mnie spada - jestem OLBRZYMIA. I jakim cudem ty mnie jeszcze kochasz po trzech dniach takiego terroru, skoro ja mam problemy z kochaniem samej siebie w takim stanie.
Wednesday, 30 May 2012
Klasa na obcasach
Zeby zablysnac klasa i trzema dychami poszla Lou do pracy na niebotycznych obcasach. Dopoki praca obejmowala siedzenie za biurkiem i rozsylanie usmiechow wszystko szlo swietnie. Ale oczywiscie los nigdy nie byl Lou zbytnio przychylny, wiec dostarczyl dwie polskie ciezarowki, ktore sie rozlozyly na lopatki. Okazuje sie wiec, ze sandalki na niebotycznych obcasach pozostawiaja ciecia niczym skalpelem, jesli przebiegnie sie w nich kilka kilometrow po betonie. Bieganie bylo konieczne, poniewaz za przewodnika sluzyl kolega, ktory nie dosc, ze zrozumienia nie mial ani krzty, to jeszcze czul sie urazony faktem, ze ze wzgledu na obuwie Lou z trudem siega jej do pepka. Staral sie wiec zwiekszyc dystans, zeby ten okrutny dysonans nie rzucal sie zbytnio w oczy. Jedyna pociecha w calej sytuacji bylo to, ze przynajmniej mase rozrywki i uciechy mieli wszyscy obecni kierowcy wozkow widlowych i chlopaki z produkcji. Jeden z polskich kierowcow zlozyl tez Lou propozycje matrymonialna. Tak na oko mial kolo 70tki, ale wielbiciel, to wielbiciel, nie?
Nie zrazona niepowodzeniem, po zaleczeniu ran, Lou zrobila drugie podejscie. Dzien przebiegl (o dziwo) spokojnie, do momentu kiedy to Lou wsiadla do samochodu z zamiarem powrotu do domu. Samochod nie wydal ani dzwieku, co wyjasnily wlaczone nadal swiatla. Jak sie okazuje 10 godzin na wlaczonych swiatlach wysysaja ostatnie resztki zycia z kazdej baterii. Ze wzgledu na pozna godzine w firmie obecni byli juz tylko wyzsi stopniem szefowie i druga zmiana robotnikow na fabryce. Na widok Lou pchajacej samochod w niebotycznych czerwonych szpilkach, zarowno jedni jak i drudzy poczuli sie co najmniej rycerzami na bialych rumakach, poniewaz parking poniekad pustej firmy zapelnil sie w 10 minut chetnymi do pomocy kolegami. Reka drgnela Lou tylko raz w kierunku aparatu na widok CEO w garniturze starajacego sie wraz z dwoma wozkowymi wystartowac jej przestarzaly wrak na pych. Po krotkim namysle wizja bezrobocia zwyciezyla nad wizja fotki jednej na milion.
Godzine pozniej po setkach bezskutecznych zabiegow, jeden z kolegow machnal grzywka w strone zaparkowanych przy ulicy ciezarowek, stwierdzajac "Kurcze, ci goscie to zawsze maja przy sobie kable".
Tajemnica pozostaje jakim cudem umknely Lou dwa wielkie tiry zaparkowane 10 metrow dalej, z dwoma rozbawionymi kierowcami przygladajacymi sie akrobacjom wozkowych i szefow (w miedzyczasie do grupy doszedl tez szef calego koncernu, wzmagajac w Lou poczucie, ze jak nic, gdzies za rogiem czai sie telewizja z ukryta kamera...). Na plandekach blyszczaly krowia czcionka LOGISTYKA I TRANSPORT. Rozbawienie kierowcow siegnelo zenitu, kiedy to Lou przewlokla sie na druga strone ulicy i w ojczystym jezyku poprosila o zestaw kabli (oczywiscie mieli dwa).
Jak na chwile obecna Lou jest pewna tylko dwoch rzeczy. Za nic na swiecie nie idzie jutro do pracy. Oraz ze wysokie obcasy sciagaja polskich kierowcow ciezarowek. Parami.
Nie zrazona niepowodzeniem, po zaleczeniu ran, Lou zrobila drugie podejscie. Dzien przebiegl (o dziwo) spokojnie, do momentu kiedy to Lou wsiadla do samochodu z zamiarem powrotu do domu. Samochod nie wydal ani dzwieku, co wyjasnily wlaczone nadal swiatla. Jak sie okazuje 10 godzin na wlaczonych swiatlach wysysaja ostatnie resztki zycia z kazdej baterii. Ze wzgledu na pozna godzine w firmie obecni byli juz tylko wyzsi stopniem szefowie i druga zmiana robotnikow na fabryce. Na widok Lou pchajacej samochod w niebotycznych czerwonych szpilkach, zarowno jedni jak i drudzy poczuli sie co najmniej rycerzami na bialych rumakach, poniewaz parking poniekad pustej firmy zapelnil sie w 10 minut chetnymi do pomocy kolegami. Reka drgnela Lou tylko raz w kierunku aparatu na widok CEO w garniturze starajacego sie wraz z dwoma wozkowymi wystartowac jej przestarzaly wrak na pych. Po krotkim namysle wizja bezrobocia zwyciezyla nad wizja fotki jednej na milion.
Godzine pozniej po setkach bezskutecznych zabiegow, jeden z kolegow machnal grzywka w strone zaparkowanych przy ulicy ciezarowek, stwierdzajac "Kurcze, ci goscie to zawsze maja przy sobie kable".
Tajemnica pozostaje jakim cudem umknely Lou dwa wielkie tiry zaparkowane 10 metrow dalej, z dwoma rozbawionymi kierowcami przygladajacymi sie akrobacjom wozkowych i szefow (w miedzyczasie do grupy doszedl tez szef calego koncernu, wzmagajac w Lou poczucie, ze jak nic, gdzies za rogiem czai sie telewizja z ukryta kamera...). Na plandekach blyszczaly krowia czcionka LOGISTYKA I TRANSPORT. Rozbawienie kierowcow siegnelo zenitu, kiedy to Lou przewlokla sie na druga strone ulicy i w ojczystym jezyku poprosila o zestaw kabli (oczywiscie mieli dwa).
Jak na chwile obecna Lou jest pewna tylko dwoch rzeczy. Za nic na swiecie nie idzie jutro do pracy. Oraz ze wysokie obcasy sciagaja polskich kierowcow ciezarowek. Parami.
Tuesday, 29 May 2012
Punkt widzenia
Na quick zarciu u wujka Donalda:
Maz: Popatrz kochanie, Pociecha dostala opaske ninja.
Zona: Smiem watpic, ze w zestawy dla dziewczynek wkladaja opaski ninja...
M: A nie popatrz, to bicz.
Z: Albo wstazka do gimnastyki artystycznej?
M: Aaaaa... to by wyjasnialo ta ilosc rozowego...
M: Ludzie, znowu siedzisz godzine w lazience.
Z: Jaka godzine, nie wiecej niz pol.
M: trzy kwadranse jak nic..
Z: Przyznam sie do 35 minut, ale uprzatnelam Twoje pobojowisko i nastawilam pralke za co nalezy mi sie dodatkowe 10 minut.
M: Ja tego nie rozumiem. Po co ci kolejne buty???
Z: Ja tez nie rozumiem po co ci kolejna gra komputerowa, a sie nie czepiam. Za bardzo.
Maz: Popatrz kochanie, Pociecha dostala opaske ninja.
Zona: Smiem watpic, ze w zestawy dla dziewczynek wkladaja opaski ninja...
M: A nie popatrz, to bicz.
Z: Albo wstazka do gimnastyki artystycznej?
M: Aaaaa... to by wyjasnialo ta ilosc rozowego...
M: Ludzie, znowu siedzisz godzine w lazience.
Z: Jaka godzine, nie wiecej niz pol.
M: trzy kwadranse jak nic..
Z: Przyznam sie do 35 minut, ale uprzatnelam Twoje pobojowisko i nastawilam pralke za co nalezy mi sie dodatkowe 10 minut.
M: Ja tego nie rozumiem. Po co ci kolejne buty???
Z: Ja tez nie rozumiem po co ci kolejna gra komputerowa, a sie nie czepiam. Za bardzo.
Wednesday, 16 May 2012
Wiek rozumu. Podobno.
W pracy: kolezanka z naprzeciwka jak zegarynka pilnuje przerw na obiad i juz za 5 stoi z torebka w rece gotowa do wyjscia. W przerwach od przerw narzeka na nawal pracy i na to, ze sobie nie radzi. To, ze ja siedze z kanapka nad klawiatura i wychodze dzien w dzien co najmniej pol godziny pozniej niz powinnam jakos jej umyka. Najwidoczniej. Dzis zaproponowala, zebym przejela od niej czesc klientow, bo ona sie przepracowuje. To, ze nie dostala zszywaczem po twarzy to tylko zasluga spanikowanego wzroku szefowej, ktora mnie az za dobrze zna. Na moja pocieche szef i szefowa po mojej stronie, wazny projekt w rekach i klienci z reki jedza. W poniedzialek Runda Druga.
W domu: Niagara w lazience (dzieci wyszly z kapieli), Sahara w korytarzu (z pylu po tynkowaniu, ale zawsze) i Mont Everest obok deski do prasowania. Malowanie, sprzatanie, przerzucanie gruzu, przerzucanie prania i teskny wzrok na moja odlegla, wystygla, osamotniona kanape. Rzut oka na odmalowany i odgruzowany korytarz i juz chce, zeby wszystko tak. Ruszam do pracy.
W zyciu: mokre calusy Pociecha po przebudzeniu i cieple stopy zawsze goracej Pociechy, ktora przytuptala do sypialni. To cieplo to po Aminskim, ktory grzeje jak piecyk elektryczny niezmiennie noc w noc. Aminski nadal sie gniewa o krotka czupryne. Zaden argument nie koi jego zranionych uczuc. Bo zona powinna miec warkocz do pasa i 40 cm na raz bez uprzedzenia przyprawilo go niemal o zawal serca. Na dole robie kanapki, bo te od mamy lepsze. Bez skorki i z gruba warstwa twarozku. Glosne i melodyjne DADAdadaDADAdadaDADA za plecami informuje, ze Pociech tez zada kanapki i wiem, ze jak sie odwroce zobacze dwa palce wskazujace desperacko wyciagniete w strone stolu. DADAdadadaDADA w strone szklanki mleka. DA! DA! = Wez mnie na rece. I "Mamo, ty mnie ubierz. Tak samo jak siebie". Pociecha maluje ukradkiem usta (i pol twarzy) moja szminka i 'psik psika' moja perfuma.
Dwoje sie i troje. Aminski podaje kawe, ktora ostygnie pozniej na stole, bo czasu brak, zeby wypic. Tysiac calusow na pozegnanie. Jakbysmy sie wszyscy zegnali na miesiac, a nie na kilka godzin. Wsamochodzie do domu epopeja o jej dniu. Kto kogo popchnal i kto ile zjadl i ile spal i kogo ugryzl i co narysowal. Jak katarynka. Jak mamusia za mlodu. Pociech robi za tlo przyciszonym mamamapapamammampapapapa, ktore kilka godzin pozniej pomoze mu zasnac. Przed zasnieciem czytamy o smokach i ksiezniczkach, o dinozaurach i alfabecie. Pociecha wytrwale probuje napisac MAMA. Cala malowanka w zygzakach niebieskim tuszem. A gdy zgasnie swiatlo musze jeszcze zaspiewac jak bardzo ja kocham.
Jak ja ich kocham.
Loulou z szabelka w dloni stoi gotowa na trzecia dyche.
W domu: Niagara w lazience (dzieci wyszly z kapieli), Sahara w korytarzu (z pylu po tynkowaniu, ale zawsze) i Mont Everest obok deski do prasowania. Malowanie, sprzatanie, przerzucanie gruzu, przerzucanie prania i teskny wzrok na moja odlegla, wystygla, osamotniona kanape. Rzut oka na odmalowany i odgruzowany korytarz i juz chce, zeby wszystko tak. Ruszam do pracy.
W zyciu: mokre calusy Pociecha po przebudzeniu i cieple stopy zawsze goracej Pociechy, ktora przytuptala do sypialni. To cieplo to po Aminskim, ktory grzeje jak piecyk elektryczny niezmiennie noc w noc. Aminski nadal sie gniewa o krotka czupryne. Zaden argument nie koi jego zranionych uczuc. Bo zona powinna miec warkocz do pasa i 40 cm na raz bez uprzedzenia przyprawilo go niemal o zawal serca. Na dole robie kanapki, bo te od mamy lepsze. Bez skorki i z gruba warstwa twarozku. Glosne i melodyjne DADAdadaDADAdadaDADA za plecami informuje, ze Pociech tez zada kanapki i wiem, ze jak sie odwroce zobacze dwa palce wskazujace desperacko wyciagniete w strone stolu. DADAdadadaDADA w strone szklanki mleka. DA! DA! = Wez mnie na rece. I "Mamo, ty mnie ubierz. Tak samo jak siebie". Pociecha maluje ukradkiem usta (i pol twarzy) moja szminka i 'psik psika' moja perfuma.
Dwoje sie i troje. Aminski podaje kawe, ktora ostygnie pozniej na stole, bo czasu brak, zeby wypic. Tysiac calusow na pozegnanie. Jakbysmy sie wszyscy zegnali na miesiac, a nie na kilka godzin. Wsamochodzie do domu epopeja o jej dniu. Kto kogo popchnal i kto ile zjadl i ile spal i kogo ugryzl i co narysowal. Jak katarynka. Jak mamusia za mlodu. Pociech robi za tlo przyciszonym mamamapapamammampapapapa, ktore kilka godzin pozniej pomoze mu zasnac. Przed zasnieciem czytamy o smokach i ksiezniczkach, o dinozaurach i alfabecie. Pociecha wytrwale probuje napisac MAMA. Cala malowanka w zygzakach niebieskim tuszem. A gdy zgasnie swiatlo musze jeszcze zaspiewac jak bardzo ja kocham.
Jak ja ich kocham.
Loulou z szabelka w dloni stoi gotowa na trzecia dyche.
Subscribe to:
Posts (Atom)




