Najwidoczniej tylko po urlopie mam tyle energii, zeby cos napisac po godzinach.
Tym razem kolejna podroz teoretycznie skazana na kleske: wypad pod namioty z dzieciakami w przedziale wiekowym 2 do 3ech lat dreczyl mnie koszmarami juz na miesiac przed. I rzeczywiscie:
1) Kilka razy w nocy biegalismy z jednego namiotu do drugiego, bo mamy przerzucony z malego lozeczka na dwuosobowy materac turlal sie cala noc dopoki w cos nie rabnal. Najczesciej w siostre.
2) Pobudka codziennie o 7 rano, bo otwierac namiot dzieci sie nauczyly pierwszego dnia.
3) Proby samobojcze Pociech w basenie. Pociechy skaczacej ze wszystkiego co wystawalo ponad wode i Pociecha lubujacego sie w przebywaniu glownia POD woda.
4) W przerwach od lykania wody w basenie Pociech lizal WSZYSTKO. Sciany, mury, slupy, jedzienie, ktoremu sie spadlo i to ktore sie juz przydeptalo. WSZYSTKO.
4) Od lizania dostal biegunki, ktora cudownie sie zbiegla z oduczaniem go pieluch i zapewnila mi rozrywke w formie zwiedzania wszystkich publicznych toalet w okregu 40 kilometrow od campingu. Glownie tych typowo francuskich: "na narciarza".
5) Jakby tego bylo malo Pociech zareagowal na mieszanke parowek na lunch z czekoladowymi lodami na przekaske i alpejskimi serpentynami w drodze do domu haslem "Boli mnie tu pod pacha". "Boli mnie pod pacha" okazalo sie synonimem "Zaraz puszcze ciekawego pawia na caly samochod". Reaguje traumatycznie na lody czekoladowe do tej pory...
Oprocz tego normalka: kamyczki w nosie, pozdzierane kolana i regularne znikniecia, kiedy to dzieciom nudzilo sie nasze towarzystwo i cichaczem szly w odwiedziny do innych campingowiczow.
Tak jak wiec pisalam: podroz teoretycznie skazana na kleske. Teoretycznie, poniewaz byly to absolutnie NAJLEPSZE WAKACJE MOJEGO ZYCIA. Slowo.
100% czasu dla rodziny, zarwane nocki, nadrabiane popoludniowa drzemka w cieniu, pyszne zarelko bez pospiechu i godzina przytulania po pobudce, zeby dac pospac jeszcze innym uzytkownikom campingu. A podekscytowany wyraz twarzy dzieciakow pytajacych, "a co robimy teraz??" upewnil nas, ze dla nich to tez byl niesamowity wyjazd. Powtorka zaplanowana.
Sunday, 25 August 2013
Sunday, 7 April 2013
Smak Afryki
To minicukinie nadziewane mielonym miesem z cynamonem.
To kawa, od ktorej wloski na karku staja deba.
To ciastka do kawy, zawierajace ilosc kalorii rowna temu co spozywam przez miesiac.
To mietowa herbata, klejaca sie do zebow od cukru, serwowana w srodku parku w malutkich szklaneczkach prosto z wielblada (!).
To pomidory tak pelne smaku, ze grzech je przyprawiac.
To oliwki tak pikantne, ze traci sie glos na kwadrans.
To cous-cous, ktorego po prostu nigdy nie ma sie dosyc.
To boskie grillowane sardynki w malenkiej knajpce "Dobra goscina" z widokiem na morze.
To swieze bagietki serwowane do WSZYSTKIEGO (oprocz kawy).
To Fanta tak pomaranczowa, ze zapewne swieci w nocy (i niezbyt latwo zmywalna z ust i jezyka).
To frytki ze slodkich ziemniakow (mniam mniam mniam).
To pizza, pyszna, tlusta, podobno z czyms seropodobnym, bo sera brak.
Obrazilam sie na moja wage.
A o calej reszcie bedzie innym razem, jak uporzadkuje, bo moglabym napisac ksiazke.
To kawa, od ktorej wloski na karku staja deba.
To ciastka do kawy, zawierajace ilosc kalorii rowna temu co spozywam przez miesiac.
To mietowa herbata, klejaca sie do zebow od cukru, serwowana w srodku parku w malutkich szklaneczkach prosto z wielblada (!).
To pomidory tak pelne smaku, ze grzech je przyprawiac.
To oliwki tak pikantne, ze traci sie glos na kwadrans.
To cous-cous, ktorego po prostu nigdy nie ma sie dosyc.
To boskie grillowane sardynki w malenkiej knajpce "Dobra goscina" z widokiem na morze.
To swieze bagietki serwowane do WSZYSTKIEGO (oprocz kawy).
To Fanta tak pomaranczowa, ze zapewne swieci w nocy (i niezbyt latwo zmywalna z ust i jezyka).
To frytki ze slodkich ziemniakow (mniam mniam mniam).
To pizza, pyszna, tlusta, podobno z czyms seropodobnym, bo sera brak.
Obrazilam sie na moja wage.
A o calej reszcie bedzie innym razem, jak uporzadkuje, bo moglabym napisac ksiazke.
Saturday, 16 March 2013
O komputerowych wampirach
Nowy system komputerowy wysysa z nas energie, krew i marne resztki zycia. 9 godzin w biurze staram sie nie zatluc kierowniczki projektu zszywaczem. "Przygladamy sie temu", "zajmujemy sie tym" oraz "zostalismy o tym poinformowani" to 3 standardowe odpowiedzi na setki problemow zglaszanych codziennie juz przez 4ty miesiac. Rozwiazanie problemu doprowadza do kolejnych 3 usterek, (ktore oczywiscie musimy zglosic i szczegolowo opisac) lub ponownie wydluza czas wykonywania standardowych czynnosci. System za 3 miliony, ale pieniedzy na podwyzki i nowy personel brak.
Jade do domu usilnie probujac utrzymac przynajmniej jedno oko otwarte. Wkladam Pociechy do lozek i opieram sie checi zasniecia na podlodze. Po czym pol godziny pozniej odlatuje na kanapie. 4ty miesiac wyciety z zycia. Z 5cioosobowego teamu jedna ciezarna ze stresu urodzila przedwczesnie, dwoje najmlodszych zlozylo wypowiedzienie, czwarta najstarsza zostaje przeniesiona do innego dzialu. Jakby nie liczyl, za poltora miesiaca bede robic za piatke. Szefostwo natomiast obiecuje "przygladac sie z bliska sytuacji". Kryzys.
Wiec kiedy w piatkowy poranek nie udalo mi sie ani podniesc z lozka ani odzyskac glosu, po raz pierwszy w moim zyciu grypa okazala sie zbawieniem. Nabieram dystansu, zbieram mysli. Nie wiem czy obiektywnie, bo na przeciwbolach.
W miedzyczasie dzieci kuruja mnie flanelowymi nalesnikami z brukselka, shake'ami z drewnianych jajek i plastikowych truskawek oraz moca usciskow (polaczonych ze skakaniem po brzuchu). Odpoczywam.
Jade do domu usilnie probujac utrzymac przynajmniej jedno oko otwarte. Wkladam Pociechy do lozek i opieram sie checi zasniecia na podlodze. Po czym pol godziny pozniej odlatuje na kanapie. 4ty miesiac wyciety z zycia. Z 5cioosobowego teamu jedna ciezarna ze stresu urodzila przedwczesnie, dwoje najmlodszych zlozylo wypowiedzienie, czwarta najstarsza zostaje przeniesiona do innego dzialu. Jakby nie liczyl, za poltora miesiaca bede robic za piatke. Szefostwo natomiast obiecuje "przygladac sie z bliska sytuacji". Kryzys.
Wiec kiedy w piatkowy poranek nie udalo mi sie ani podniesc z lozka ani odzyskac glosu, po raz pierwszy w moim zyciu grypa okazala sie zbawieniem. Nabieram dystansu, zbieram mysli. Nie wiem czy obiektywnie, bo na przeciwbolach.
W miedzyczasie dzieci kuruja mnie flanelowymi nalesnikami z brukselka, shake'ami z drewnianych jajek i plastikowych truskawek oraz moca usciskow (polaczonych ze skakaniem po brzuchu). Odpoczywam.
Saturday, 5 January 2013
Z uklonami dla Krolowej
Dalam rade! Dalam rade! Nie zgubilam dzieci, nie okradli mnie (poza urzedasami z Eurostara, ktorzy okradli mnie z 80 funtow za miejscowke dla Pociecha grozac wizja Sylwestra na St. Pancras), Pociech niczego nie podpalil (aczkolwiek odbezpieczyl jedna gasnice), Pociecha nikomu jedzenia z gardla nie wyrwala (to ze Kaczka faszerowala ja czekoladkami, ciasteczkami, muffinami, parowkami i serkami homogenizowanymi mialo na ten fakt zapewne niejaki wplyw).
Ku mojemu zaskoczeniu nie pozostala mi po wyjezdzie zadna trauma, a jedynie przyjemne wspomnienia. Z trauma pozostaly kuzynki, ktore ciagaly wozek z Pociechem aka Pasza Euston Square w gore i dol NIEruchomych schodow, podazajac za policja, ktora wsadzila nas w koncu w niewlasciwe pociag. Mielismy zwiedzanie Tube wieczorowa pora, z racji iz zamknieta glowna (i mnie bardzo potrzebna) linie metra. Na trase opisana na necie jako polgodzinna, stracilysmy poltora.
Dalej poszlo juz z platka. Pociech najadl sie w Macu frytek z podlogi, oblal pol wagonu czekoladowym mlekiem i uparcie probowal uciec na kazdej stacji. Pociecha wytapetowala wagon okruszkami chrupkow i urzadzila pokaz gimnastyki skaczac do Ganga stajl we wlasnym wykonaniu po siedzeniach.
Z drgajaca powieki pozostawilismy Norweskiego, ktorego najpierw zabila poranna pobudka, a nastepnie nadmiar energii do zuzycia nafaszerowanych czekoladowymi buleczkami z parowkami dzieci. Utrzymujacy sie nadmiar energii wykanczal Norweskiego codziennie w godzinach popoludniowych. Przepustka na drzemke byla jednak miernym aktem litosci, poniewaz przebiegle Pociechy jak charty wyczuwaly pod ktora sciana spi Fujek i obieraly ja sobie jako cel do pukania, stukania oraz glosnych okrzykow w strone kontaktow.
Dzieciaki wymienily sie tez doswiadczeniami i tak to Pociecha nauczyla Dynie jak ulzyc pechcerzowi w szczerym polu i dokladnie zanotowala przepis na zupe marchewkowa ze Smarties oraz fakt, ze nie zasypia sie bez przynajmniej 10osobowej pluszowej obsady w lozku. Prawie nam pluszakow zabraklo w domu.
Ku mojemu zaskoczeniu nie pozostala mi po wyjezdzie zadna trauma, a jedynie przyjemne wspomnienia. Z trauma pozostaly kuzynki, ktore ciagaly wozek z Pociechem aka Pasza Euston Square w gore i dol NIEruchomych schodow, podazajac za policja, ktora wsadzila nas w koncu w niewlasciwe pociag. Mielismy zwiedzanie Tube wieczorowa pora, z racji iz zamknieta glowna (i mnie bardzo potrzebna) linie metra. Na trase opisana na necie jako polgodzinna, stracilysmy poltora.
Dalej poszlo juz z platka. Pociech najadl sie w Macu frytek z podlogi, oblal pol wagonu czekoladowym mlekiem i uparcie probowal uciec na kazdej stacji. Pociecha wytapetowala wagon okruszkami chrupkow i urzadzila pokaz gimnastyki skaczac do Ganga stajl we wlasnym wykonaniu po siedzeniach.
Z drgajaca powieki pozostawilismy Norweskiego, ktorego najpierw zabila poranna pobudka, a nastepnie nadmiar energii do zuzycia nafaszerowanych czekoladowymi buleczkami z parowkami dzieci. Utrzymujacy sie nadmiar energii wykanczal Norweskiego codziennie w godzinach popoludniowych. Przepustka na drzemke byla jednak miernym aktem litosci, poniewaz przebiegle Pociechy jak charty wyczuwaly pod ktora sciana spi Fujek i obieraly ja sobie jako cel do pukania, stukania oraz glosnych okrzykow w strone kontaktow.
Dzieciaki wymienily sie tez doswiadczeniami i tak to Pociecha nauczyla Dynie jak ulzyc pechcerzowi w szczerym polu i dokladnie zanotowala przepis na zupe marchewkowa ze Smarties oraz fakt, ze nie zasypia sie bez przynajmniej 10osobowej pluszowej obsady w lozku. Prawie nam pluszakow zabraklo w domu.
A Kaczka jak to Kaczka. Spokojnie, bez stresu wyciagala kolejne ciasta, zapiekanki, faszerowane kaczki i pyszne strucle karmiac nas do oporu i ignorujac fakt, ze moje dziatki demoluja jej domostwo.
Tesknim juz okrutnie, wiec czekamy na rewanz.
PS. Po porownaniu doswiadczen w Lille i Londynie, nigdy przenigdy nie wybiore sie w taka podroz do Francji, gdzie najwidoczniej matka z wozkiem i tobolami to frajer, ktorego mozna latwo wyprzedzic w kolejce, uprzedzic w pociagu i udawac slepego kiedy frajerka szarpie sie z wozkiem na schodach. Za to Brytyjczycy - prawdziwi dzentelmeni. Wagon czekoladek im za to.
Thursday, 29 November 2012
O Swietym co przybyl 3 razy
Swiety przybyl. Raz lodka, raz koniem, raz helikopterem. Pociecha zaczyna sie glosno zastanawiac ile razy jeszcze bedzie przybywal zanim dojdzie do naszego domu. Ja zmieniam sie w mokra plame na podlodze kiedy widze ja z oczetami jak 5 zlotych i otwarta buzke wpatrujaca sie z niedowierzaniem i zachwytem jazdemu nowoprzybywajacemu swietemu. Pociech tak emocjonalny nie jest. Podczas gdy Swiety opowiada jak to naplywaja masy listow, Pociech za jego plecami hakuje mu komputer, zaglada pod szate oraz domaga sie uwagi ciagnac za brode. Koszmar kazdego Mikolaja.
Skoro wiec juz Swiety przybyl ta lodzia (!) z Hiszpanii (!) ze swoim pomocnikiem niesfornym Czarnym Piotrem (!!) i przemierza kraj wzdluz i wszerz, czas poustawiac buty z marchewka dla konia (kraj wzdluz i wszerz Swiety przemierza na bialym koniu...) oraz rysunkiem dla Swietego, a moze rano beda wypelnione ciasteczkami-literkami (Nic Nac), czekoladowymi Piotrami i marcepanowymi marchewkami.
Mikolajki po belgijsku.
***
"Aneeeeta, co robisz?" rzekla Pociecha wchodzac do lazienki.
Rownie dobrze mogl mnie trzepnac prad z trzymanej w reku suszarki.
***
"Boek! Boek!" biega za mna Pociech z tomami w reku. O przerazajacych dinozaurach, od ktorych Pociech cofa sie kilka krokow, kiedy otwieram pierwsza strone (ale wola "jeszcze, jeszcze! jak tylko ja zamkne). O Myszce, ktora tak jak Pociech wszedzie nosi swoja Pande. O zwierzatkach, o koparkach, o strazakach. O Bumbie! Na kanapie, na podlodze, na lozku, pod stolem, przy stole, przy przewijaniu, przy jedzeniu. Pociech czyta namietnie dzien i noc. 17 miesiecy zagorzalego mola ksiazkowego, ktory zaglada nawet do mojego Pratchetta (przeciez tam nie ma obrazkow!). I niech ktos mi powie, ze milosci do ksiazek nie da sie zaszczepic.
Friday, 2 November 2012
Karuzela
Czuje sie jak chomik na kolowrotku. Otwarte drzwi u Aminskiego pozostaja otwarte w dni robocze, swiateczne i weekend. W pracy rewolucja, bo odpala nowy program i cala firma zaciska kciuki, zeby nam sie system nie spalil. Jak sie spali, to przynajmniej dotknie mnie techniczne bezrobocie i moze sie w koncu wyspie.
W miedzyczasie Pociecha, oszczedzajac ojcu tour Czekolandia o poranku, spedza wakacje straszac sasiadow u dziadkow w wiedzminowym przebraniu. W krotkich chwilach w domu przydreptuje o 4ej na ranem wciskajac zimne stopy miedzy rodzicow i tlumaczac "duchy nie istnieja, ale przespie sie tutaj".
Pociech korzysta z cennych chwil bycia jedynakiem i owija mnie wokol malego paluszka u stopy. Jak juz mnie zupelnie rozmiekczy to pojdzie i cos zbroi po czym zaprezentuje dumnie i z usmiechem pozwalajacym na policzenie uzebienia.
7 dni i dlugi weekend. I wspolne sniadania i spacery (w deszczu) i Mikolaj przybywajacy lodka z Hiszpanii.
W miedzyczasie Pociecha, oszczedzajac ojcu tour Czekolandia o poranku, spedza wakacje straszac sasiadow u dziadkow w wiedzminowym przebraniu. W krotkich chwilach w domu przydreptuje o 4ej na ranem wciskajac zimne stopy miedzy rodzicow i tlumaczac "duchy nie istnieja, ale przespie sie tutaj".
Pociech korzysta z cennych chwil bycia jedynakiem i owija mnie wokol malego paluszka u stopy. Jak juz mnie zupelnie rozmiekczy to pojdzie i cos zbroi po czym zaprezentuje dumnie i z usmiechem pozwalajacym na policzenie uzebienia.
7 dni i dlugi weekend. I wspolne sniadania i spacery (w deszczu) i Mikolaj przybywajacy lodka z Hiszpanii.
Sunday, 30 September 2012
Pid szatrom je dobre spaty...
Nie bede kontynuowac szkolnych horrorow. Po 3 tygodniach telefonow, maili i listow do szkoly udalo mi sie spotkac z wychowawczynia. Wychowawczyni byla niezmiernie zdumiona naszym niezadowoleniem. Bo inni rodzice nie narzekaja (gdybym dostala 5 centow za kazdym razem jak slysze w tym kraju "inni przeciez nie narzekaja" - ale o tym innym razem.) Koniec koncow uzgodnilismy, ze komunikacja odbywac sie bedzie mailowo przeze mnie, a nie trudnego w obsludze Aminskiego. Uzgodnilismy tez, ze nie beda wysylac mi dziecka do domu ze zdartymi do kregoslupa plecami i komentarzem "dzis nic specjalnego". Grono nauczycielskie pograzylo sie w zadumie nad moja sugestia, ze zebranie podstawowych informacji o nowo przyjetych dzieciach na tydzien przed, a nie tydzien po rozpoczeciu roku szkolnego ulatwiloby im organizacje pracy. Serio? Naprawde? Serio? Nikt na to wczesniej nie wpadl?
Koniec. Na razie.
W miedzyczasie, jako ze grono nauczycielskie poszlo na zasluzone wolne po 3 tygodniach ciezkiej pracy, zabralismy Pociechy pod namioty. Troche zesmy oszukiwali, bo namioty byly wyposazone w boskie lozka, tv, a na dodatek staly obok porzadnych mobilnych lazienek i niezle wyposazonej kuchni. I basenu. Ale byly namiotami. Namiotami w srodku sztormu. Lalo, wialo, huczalo, w nocy przymarzala kazda czesc ciala wystajaca spod pierzyny. Dzieciaki kwiczaly z radosci. Wyleczyly, kaszle i nosy. Siedzac na sciezce i gotujac pol dnia zupe z kamieni. Wywalilam wszystkie leki i wprowadzilam do codziennej rutyny zabawy, od ktorych mojej babci wlosy stanely by deba. Bede informowac o skutkach.
Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nie potopily sie w basenie. Jak sie okazalo kamienne zupy i woskowe ciasteczka byly wystarczajaco zajmujace.
Koniec. Na razie.
W miedzyczasie, jako ze grono nauczycielskie poszlo na zasluzone wolne po 3 tygodniach ciezkiej pracy, zabralismy Pociechy pod namioty. Troche zesmy oszukiwali, bo namioty byly wyposazone w boskie lozka, tv, a na dodatek staly obok porzadnych mobilnych lazienek i niezle wyposazonej kuchni. I basenu. Ale byly namiotami. Namiotami w srodku sztormu. Lalo, wialo, huczalo, w nocy przymarzala kazda czesc ciala wystajaca spod pierzyny. Dzieciaki kwiczaly z radosci. Wyleczyly, kaszle i nosy. Siedzac na sciezce i gotujac pol dnia zupe z kamieni. Wywalilam wszystkie leki i wprowadzilam do codziennej rutyny zabawy, od ktorych mojej babci wlosy stanely by deba. Bede informowac o skutkach.
Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nie potopily sie w basenie. Jak sie okazalo kamienne zupy i woskowe ciasteczka byly wystarczajaco zajmujace.
Subscribe to:
Posts (Atom)




